Wybudowałam się. Zajęło mi to ostatnie 2 lata, stąd brak aktywności na blogu. To było jedno z bardziej traumatycznych przeżyć w moim życiu (obok zdawania egzaminu na prawo jazdy, pierwszego dnia matury i bycia porzuconą przez pierwszego chłopaka – tak, dla mnie te wydarzenia były megastresujące).
Budowa domu, ech… Wdech, wydech.
Dopiero teraz wiem, że powinnam zawsze ufać swojej intuicji, bo trafiałam na partaczy, ale mimo głosu ze środku zatrudniałam ich, bo – co tu dużo mówić – nie ma ludzi do pracy! Gdybym wiedziała, jak wykańczającym doświadczeniem będzie budowa domu, zawczasu zgłosiłabym się do psychiatry po leki!
No dobrze, to teraz podzielę się wszystkimi doświadczeniami, które dodane każde do siebie, razem, zrujnowały mnie psychicznie. Moja terapeutka (do której raz na jakiś czas wpadam z takimi „perełkami”, żeby z siebie wyrzucić złość) jest przerażona, a ja dopiero do siebie dochodzę po wszystkim.
Nawet nie wiem, od czego zacząć w temacie budowy domu, bo było tego tyle… Fiu, fiu! Niewątpliwie najbardziej wykończyło mnie wykańczanie domu. (Jak widać, nazwa nieprzypadkowa). Ale zacznijmy od początku, czyli od budowy.
Ten dom jest momentami trochę krzywy (mury!), co wyszło przy kładzeniu dachu i tarasu. Ale trudno, rozumiem że technika XXI wieku to zbyt wiele, zaawansowane narzędzia to za dużo dla robotników, żeby ogarnąć i zrobić wszystko równo, symetrycznie, estetycznie. Ale to pikuś, kilka centymetrów da się wizualnie oszukać. Tu przybić mocniej dachówkę, tu dać fugę, tam przykryć krzakiem. Nie czepiajmy się więc pierdół, jedziemy dalej.
Ta nieszczęsna kotłownia – kocioł najgorszych emocji
Największe, ale absolutnie największe problemy zaczęły się od kotłowni, kiedy okazało się, że facet od kotłowni (notabene kuzyn mojej bratowej) nie wiedział, jaką pompę mi sprzedał… Szedł w zaparte, że 3-fazową, a tymczasem była jednofazowa… I z tego powodu miałam duże opóźnienie w wygrzewaniu wylewek, bo musiałam zmieniać moc w PGE, a ten proces dużo czasu zajął plus pieniędzy, żeby to zmienić (skorzystałam z pomocy zewnętrznej firmy), o nerwach nie wspominając.
Byłoby spoko, gdyby nie fakt, że – jak potem się okazało – całą kotłownie w ogóle źle zrobił ten chłopak. Nie miałam ciepłej wody, nic nie działało, musiałam brać nową firmę. A zanim ją, to audytora, który wylistował wszystkie popełnione błędy do naprawy, bo nie chciałam polegać tylko na opinii nowego wykonawcy. A zatem kolejny koszt.
Suma summarum 20000 złotych w plecy jestem przez tego chłopaka. Bo kotłownię można było zrobić porządnie i taniej na samym początku. Miałabym w niej też więcej przestrzeni, bo dałoby się tam inny, bardziej kompaktowy sprzęt. W ogóle jeszcze dodam, że za każdym razem, jak miał do mnie przyjechać, to albo auto mu się psuło, albo pracownik zachorował – taki standard u fachowców.
HEJ, SKORO TU JESTEŚ, TO CHYBA CI SIĘ PODOBA, A WIĘC PRZECZYTAJ DRUGĄ CZĘŚĆ TEKSTU.
Biję na alarm, że elektrycy mają nas w d…
Jeszcze przed kotłownią, to było latem, odczuwałam ogromne zniecierpliwienie z powodu elektryka, który mi robił monitoring i alarm. Naciągnął mnie okrutnie – choćby przygotował miejsce na 7 czy 8 kamer, a de facto zrobiłam docelowo tylko 4, bo więcej nie potrzeba. 4 wystarczą, żeby objąć cały ogród, naciągnął mnie, bo widział, że głupia dziewczyna na niczym się nie zna.
Mało tego, całą rozdzielnię mi przemontował, którą robił wcześniej kolega, i ona jest do poprawy po nim. Mówił, że nie jest tak jak być powinno, więc kazał mi kupować ciągle nowe bezpieczniki i mam tego nakupowane każde po kilkaset złotych i to leży w pudełku, bo część została wkręcona, część wykręcona. Nie mogę tego więc oddać do sklepu, bo już używane.
Co więcej, zawsze był spóźniony albo po prostu nie przyjeżdżał, mimo że byliśmy umówieni. Nie przepraszał za to. Na przykład taka sytuacja: ja do niego dzwonię, że już godzinę jest spóźniony, a on do mnie, że on pojechał żonę zawieść na zakupy. No, palant. Miałam dość, więc po prostu się z nim pożegnałam i znalazłam sobie przyzwoitego gościa, który mi ten monitoring dokończył i na niego narzekać nie mogę póki co. Jeszcze ma mi wkrótce zrobić alarm.
Kolejna osoba, która testowała moją cierpliwość, to też elektryk, który został następcą tamtego palanta. Nie miał czasu do mnie nigdy przyjechać, ale jak był jakiś papierek do podpisania za 4 stówy, to oczywiście mi to zrobił szybko, natomiast do roboty fizycznej – a gdzie, w życiu! Kiedyś się ze mną umówił, wzięłam wtedy pracę zdalną, ja do niego dzwonię, bo już się spóźnia, oczywiście nie odbiera. Po godzinie w końcu odbiera i oznajmia, że jest w urzędzie, bo mu coś spontanicznie wypadło.
Ponieważ finalnie nie udało mu się do mnie przyjść, podał mi numer do kolegi elektryka, akurat tego, który mi pomagał przy akcji z pompą ciepła. Ale on też mi niezły numer odstawił. Umówiliśmy się, nie ma go, dzwonię, a ten oznajmia, że siedzi… w Szczyrku. No cóż, od nadmiaru pracy i pieniędzy (jak mniemam) przewraca im się w d., a i nas – klientów – mają w d.
Niezła z ciebie rura… hydrauliczna
Wkurzyli mnie strasznie hydraulicy, bo mój stary, zaufany hydraulik połamał się, więc niestety wzięłam innych. Doradził mi, żebym poszła do lokalnego sklepu hydraulicznego u mnie na wsi, żeby mi tam polecili miejscowych hydraulików. I polecili. Przyszli, wzięli jak za zboże, moja matka się z nimi o to kłóciła. Ale pal licho kasę, bo to wiadomo, że budowa to worek bez dna, najgorsze, że mi zbili 2 płytki na podłodze, ja już tego nie usunę, bo to skuwanie jest, a ja mam podłogowe ogrzewanie, więc to byłoby strasznie dużo pierdzielenia. Mój glazurnik toby się rozpłakał, gdybym go to poprosiła.
Ale co tam podłoga, jeszcze kafelek uszczerbili przy toalecie, więc to też muszę jakoś sama czymś tam zagipsować, zakleić, nie wiem, żeby to wizualnie nie było widoczne. Trochę też mnie zirytował i mój zaufany hydraulik, który do góry nogami baterię nad umywalką zainstalował, bo myślał, że da się obrócić kran. No dobra, przyszedł, naprawił to, wiadomo, glazurnik musiał glazurę zdjąć i potem znowu położyć, a więc dodatkowa kasa; mama już nie chciała się spierać; sama zapłaciła z własnej kieszeni, choć hydraulik powinien dać za fatygę w moim przekonaniu.
A propos glazurnika – to superczłowiek, ale trochę nie pomyślał, ułożył mi na podłodze 4 płytki z tym samym dekorem, wzorem, zamiast wymieszać. Ale to są już detale, to po prostu męski brak poczucia estetyki. I takim oto sposobem mam też niesymetrycznie poinstalowane anemostaty – wywiewy od rekuperacji, bo nie dopilnowałam. To mnie nauczyło, że muszę sama pilnować, instruować, bo to, co dla mnie jest oczywiste, nie jest dla innych.
Część druga za miesiąc, bo było tego niestety więcej… Budowa domu, ech… Wdech, wydech…
